NEWS
Bez nich jest tylko gorzej:
Dwie rzeczy, których teraz powinni uczyć się księża. Sami o tym mówią
Ostatnio przydarza mi się całkiem sporo różnych rozmów z księżmi. Dość ciekawych, ale jeszcze ciekawsze są wnioski, bo niemal w każdej rozmowie wychodzą dwa obszary, nad którymi według mnie trzeba teraz mocniej popracować.
Pierwszy obszar to głębsza wiedza o relacjach. To ważne z kilku powodów. Brak dobrze ogarniętej wiedzy o tym, jakie relacje może mieć ksiądz powodują dużo rozterek. Dość przytłaczające wydaje mi się ciągłe zastanawianie się, w jaką relację i w jaki sposób ksiądz może wejść. Czy mu wypada, czy nie wypada, czy przekracza jakąś granicę, czy też nie. W innych społecznych relacjach nie obserwuję aż tyle wątpliwości. A w przypadku księży okazuje się , że ilość wymagań, oczekiwań i ograniczeń, często ze sobą sprzecznych, może być paraliżująca w działaniu. I sprawiać, że ksiądz osiada w swoim osamotnieniu, bojąc się relacyjnie ruszyć w którąkolwiek stronę, by nie narazić swojej duszy ani kapłaństwa na szwank.
Co ważne: poczucie osamotnienia jest coraz częstsze w społeczeństwie, i to jest właśnie drugi powód. Do ludzi samotnych księża mają trafiać z Ewangelią. Trudno nieść im jakieś światło i pocieszenie, gdy się samemu przeżywa cierpienie z tego powodu. Owszem, można lepiej rozumieć, ale jednak, by być mądrym duchowym przewodnikiem, trzeba być kilka kroków dalej niż ci, których ma się pod opieką. Jeśli społeczeństwo doświadcza plagi samotności, dobrze by było, by mieć na tę plagę mądrą, ewangeliczną, życiową odpowiedź – a to oznacza, że trzeba przez samotność mądrze przejść, by móc dzielić się Bożymi sposobami na nią.
Drugi obszar to praktyka odpoczywania. Nie wiem, jak to możliwe w erze wszechobecnego trendu na upraszczanie życia i zdrowe dbanie o siebie – może duchowni funkcjonują w innych banieczkach społecznościowych albo twardo trzymają się teorii, że należy się spalać bez granic? – ale według mnie temat mądrego odpoczywania wciąż jest w świadomości księży marginalizowany. Dominują dwie tendencje: albo „daję z siebie wszystko” i nie zastanawiam się, na ile mi wystarczy zasobów organizmu, albo, już po pierwszych kilku ognistych latach, druga tendencja: „daję z siebie minimum”. Relatywnie niewielu księży jest w stanie mądrze pogodzić pracę i odpoczynek. I można to zrozumieć, bo gdy życiowe powołanie zakłada bycie dla wszystkich i niesienie rozmaitej pomocy, a kolejka potrzebujących czasu, uwagi, słowa, wsparcia duchowego albo materialnego się nie kończy, łatwo jest zaciskać zęby i mówić sobie, że jeszcze tylko kilka tygodni i będzie przerwa. Nawet, gdy to tylko oszukiwanie się, bo wiadomo, że żadnej przerwy nie będzie.
Skutki przemęczenia nie są ciekawe dla Kościoła, bo znużony ksiądz staje się niedostępny, nieznośny, marudny i sfrustrowany i trudno z nim z przyjemnością współpracować. Gdy do tego dodamy duże zdystansowanie i niewpuszczanie świeckich nawet na próg swojego serca, otrzymujemy sytuację, w której ludzie ze zdrowego rozsądku ograniczają kontakt z duszpasterzem, bo jego towarzystwo nikomu nie robi dobrze. A to z kolei pogłębia tylko podziały między środowiskami i zniechęca jednych do