Connect with us

NEWS

📢 Smutna wiadomość o śmierci Wojciech Mann… jego syn potwierdził smutną wiadomość i rozpłakał się. 🔗

Published

on

Smutna wiadomość o śmierci Wojciech Mann… jego syn potwierdził smutną wiadomość i rozpłakał się.

Warszawa, rok 2025 to wiadomość, która wstrząsnęła całą Polską. W sobotni poranek, gdy większość kraju dopiero budziła się do życia, w eterze rozbrzmiała informacja, która dla milionów słuchaczy brzmiała jak cios prosto w serce. Wojciech Man, legenda, głos pokoleń, symbol kultury radiowej, oficjalnie żegna się z mikrofonem. Mój ojciec poświęcił całe życie muzyce i słuchaczom, ale dziś zdrowie nie pozwala mu już kontynuować ukochanej pracy.
Potrzebuje odpoczynku. powiedział ze łzami w oczach Marcin Man, syn legendarnego dziennikarza, podczas krótkiej konferencji prasowej w domu seniora Złota Jesień w Konstancinie Jeziornie. Jego głos drżał, publiczność zamarła. W jednej chwili do mediów społecznościowych spłynęła fala emocji, smutku, wdzięczności, niedowierzania.
Kim był Wojciech Man dla Polaków? Dla wielu, więcej niż tylko radiowiec. To głos, który towarzyszył ludziom w ich codziennym życiu przez ponad pół wieku.
Urodzony w 1948 roku w Świdnicy, wychowany w powojennej Polsce, szybko odkrył, że dźwięk ma w sobie coś magicznego. Potrafi łączyć ludzi niezależnie od wieku, poglądów czy statusu społecznego. Po ukończeniu filologii angielskiej w Warszawie MAN trafił do polskiego radia i niemal natychmiast stał się jego duszą. To właśnie w programie trzecim, słynnym trójce stworzył swoją legendę.
Audycja Zapraszamy do trójki była czymś więcej niż programem muzycznym. Była spotkaniem z kulturą, inteligencją, humorem i ciepłem. Man potrafił opowiadać o muzyce w sposób, który urzekał nawet tych, którzy dotąd jej nie rozumieli. Każde jego słowo brzmiało jak melodia. Każde zdanie miało rytm i sens.
Przez dekady był obecny w domach, samochodach, kawiarniach. A jego głos stał się nieodłącznym elementem poranków i wieczorów tysięcy Polaków. Mówiło się o nim: Człowiek, który nauczył Polskę słuchać radia z duszą. Jego humor był subtelny, ironia błyskotliwa, a empatia prawdziwa. Nie grał roli. Był sobą i właśnie to czyniło go wyjątkowym. Dla pokolenia wychowanego na trójce man był jak latarnia w morzu chaosu medialnego.
Jego spokojny głos był antidotum na zgiełk współczesności.
Nawet gdy zmieniały się czasy, technologia, gusta i rządy, Wojciech Man pozostawał wierny jednemu, uczciwości wobec słuchacza. Kiedy dziś Marcin Man potwierdził zakończenie kariery ojca, emocje przetoczyły się przez kraj jak burza. Twitter, Facebook, Instagram, wszędzie pojawiały się tysiące wpisów.
Nie ma już trójki bez manna. Człowiek, który uczył mnie muzyki. Dziękuję za wszystkie lata mądrości i uśmiechu pisali słuchacze. Stacje radiowe w całej Polsce przerywały programy, by wspomnieć legendę. Nie brakowało też głosów ze świata kultury i mediów. Dziennikarze, muzycy, politycy, wszyscy wspominali wspólne chwile i audycje, które stały się częścią historii polskiej tożsamości.
Man był nie tylko radiowcem, był nauczycielem słuchania. Napisał znany muzyk Michał Urbaniak. A słowa te powtarzały się jak echo w sercach tysięcy Polaków. To nie jest zwykłe odejście. To koniec pewnej epoki. Epoki, w której radio było czymś więcej niż tylko dźwiękiem. Było emocją, przyjaźnią, drugim domem. Man uczył, że muzyka to nie tło, lecz język duszy.
Dziś ten język milknie, a cisza po nim jest głośniejsza niż jakikolwiek dźwięk.
W domu seniora w Konstancinie Jeziornie, gdzie Wojciech Man spędza teraz spokojne dni, czas płynie wolniej.
Ale nawet tam, wśród starych winyli i wspomnień, można usłyszeć echa jego dawnych audycji. Słowa, które przez lata dawały ludziom radość i sens. On zawsze mówił, że radio to rozmowa z drugim człowiekiem, a nie show. Wspomina jeden z dawnych współpracowników. I może właśnie dlatego wszyscy czujemy jakbyśmy dziś stracili kogoś bliskiego. Cała Polska żegna się z Wojciechem Manem nie jak z celebrytą, ale jak z przyjacielem.
Bo każdy z nas ma w pamięci ten moment, gdy jego głos brzmiał w tle naszego życia. Podczas drogi do pracy, niedzielnego śniadania czy późnego wieczoru, gdy świat cichł, a z radia dobiegał spokojny ton, który mówił: “Dobranoc, do usłyszenia jutro”. Dziś wiemy, że jutro już nie nadejdzie w eterze trójki. Ale legenda Wojciecha Mana nie zamilknie nigdy, bo prawdziwe głosy, te szczere, ciepłe, ludzkie, nie gasną wraz z ciszą. One trwają w pamięci, w sercach i w historii. W ostatniej audycji transmitowanej na żywo z niewielkiego studia w Warszawie zapadła cisza, jakiej nie pamiętano od lat. Głos Wojciecha Mana, spokojny, głęboki, ale lekko drżący, zabrzmiał po raz ostatni. Chwilę potem na antenie odczytano jego list pożegnalny. Nie mówię żegnajcie, mówię do zobaczenia.
Muzyka będzie grać dalej, a ja będę słuchał razem z wami. Tym razem z drugiej strony radia.
Te słowa proste i jednocześnie przejmujące rozdarły serca słuchaczy. W studiu nikt nie oddychał. Realizator ukrył łzy za monitorem, a współpracownicy Mana zamilkli, jakby nagle cały świat wstrzymał oddech. W ciągu minut media społecznościowe eksplodowały. Setki tysięcy komentarzy, zdjęć, wspomnień. Polska płakała. Wielu zauważyło, że Man przygotowywał się do tego momentu od dawna.
W ostatnich miesiącach rzadziej pojawiał się na antenie, a jego głos, niegdyś donośny i pewny, stał się łagodniejszy, jakby chciał jeszcze przez chwilę otulić słuchaczy ciepłem. Teraz wszystko stało się jasne. To były pożegnania, które tylko on potrafił wypowiedzieć bez dramatyzmu, a mimo to z dramatem w każdej sylabie. Dziś w domu seniora Złota Jesień w Konstancinie Jeziornie, gdzie MAN przebywa pod stałą opieką lekarzy i terapeutów, panuje cisza. To miejsce znane z troski o artystów, którzy całe życie oddali scenie i sztuce. W ogrodzie kwitną róże, a z głośników w korytarzu delikatnie sączy się jazz, dokładnie taki, jaki Wojciech kochał najbardziej. Pracownicy domu opowiadają, że każdego ranka prosi o jedną rzecz. Filiżankę mocnej kawy i radio ustawione na trójkę. Nie mówi wiele. Czasem tylko uśmiecha się, gdy rozpozna głos kolegi z dawnej redakcji.
Ale poza murami złotej jesieni świat wrze. Warszawa nie pamięta takiego poruszenia od lat. Na placu powstańców Warszawy pod siedzibą dawnego polskiego radia ktoś ustawił świeczki i zdjęcia. W internecie powstał hashag dziękujemy Manowi który w ciągu kilku godzin zebrał miliony wpisów od studentów po emerytów od dziennikarzy po muzyków wszyscy piszą to samo bez niego radio nie brzmi tak samo reakcje mediów są błyskawiczne i pełne emocji. Telewizje przerywają programy, aby wyemitować archiwalne nagrania jego audycji. Stacje radiowe od Gdańska po Kraków włączają specjalne pasma poświęcone Manowi. W studiach padają łzy, a nawet najtwardszym reporterom drży głos.
Straciliśmy nie tylko głos, ale też serce polskiego eteru. Mówi w TVP Kultura, jeden z dawnych producentów trójki. Pojawiają się też szczegóły, o których dotąd milczano. Znajomi Mana zdradzają, że już od kilku lat zmagał się z poważnymi problemami zdrowotnymi.
Był jednak zbyt dumny, by mówić o tym publicznie. Zawsze powtarzał: “Niech ludzie pamiętają mnie z muzyką, nie z chorobą.” Mówi jego przyjaciółka, dziennikarka Beata Michniewicz. Jedno z najgłośniejszych ujawnień nastąpiło wczoraj wieczorem. Redakcja magazynu Polityka opublikowała nieznane dotąd zdjęcia z prywatnego archiwum Manna.
Uśmiechnięty Wojciech siedzący w swoim dawnym studio z kubkiem herbaty i winylem w dłoni spogląda prosto w obiektyw. Podpis pod zdjęciem brzmi: “To było moje miejsce na ziemi.” To zdjęcie stało się symbolem. W ciągu godzin obiegło wszystkie portale wywołując fale wspomnień. Dziennikarze piszą o najbardziej osobistym pożegnaniu w historii polskich mediów. Krytycy zauważają, że żaden inny radiowiec nie miał takiej mocy wpływu. Nawet ci, którzy nie słuchali trójki, znali ten głos. Charakterystyczny, ciepły, z lekką nutą ironii. Na antenie RMF Classic pojawił się fragment jego listu czytany przez znanych artystów. Każde zdanie było przerywane ciszą. Nie mówię, żegnajcie. powtarzał głos aktorki Krystyny Jandy, a w tle delikatnie grał jazzowy saksofon. Dziennikarze mówili później, że w tamtej chwili nawet realizatorzy dźwięku mieli łzy w oczach.
Ale to nie wszystko. W sieci krąży nagranie z kulis ostatniej audycji. Na krótkim wideo widać, jak Man żegna się z ekipą. Ściska dłonie, dziękuję, a na końcu mówi: “Pamiętajcie, że radio to nie mikrofon, to ludzie po drugiej stronie”. To zdanie stało się nowym motem dla wszystkich, którzy kiedykolwiek marzyli o pracy w mediach.
Wśród licznych reakcji szczególnie poruszający był wpis prezydenta RP, który napisał: “Wojciech Man jest częścią naszej kultury narodowej”.
Dziękujemy za jego głos, za jego klasę i za jego człowieczeństwo. Tymczasem w Konstancinie wciąż trwa cisza. Personel złotej jesieni relacjonuje, że po emisji ostatniego programu MAN długo siedział w fotelu, wpatrując się w stary mikrofon ustawiony na stoliku. Nie chciał, żeby go wyłączano. Mówi pielęgniarka.
Powiedział tylko, niech jeszcze chwilę gra. Polska nie może pogodzić się z jego odejściem. W sklepach muzycznych wzrosło zainteresowanie winylami z jego ulubionymi utworami. Księgarnie wyprzedały jego autobiografię w ciągu jednego dnia. W internecie pojawiły się nawet petycje, by nadać jego imię jednej z ulic Warszawy. To, co zaczęło się jako cicha decyzja o przejściu na emeryturę, przerodziło się w narodowy moment refleksji. Dla wielu Polaków Wojciech Man nie był tylko głosem, był symbolem innej Polski, spokojniejszej, mądrzejszej, z klasą. Teraz, gdy milknie jego mikrofon, wydaje się jakby cała epoka gasła wraz z nim. A jednak w jego słowach brzmi nadzieja. To tylko pożegnanie na chwilę. Napisał. I może właśnie dlatego, gdy włączamy radio, wciąż mamy wrażenie, że gdzieś tam po drugiej stronie Wojciech Man nadal słucha z nami. Gdy mówimy o Wojciechu Manie, nie sposób zamknąć jego dorobku w jednym zdaniu. To nie tylko dziennikarz, nie tylko radiowiec. To człowiek, który rozciągnął granice kultury popularnej, przekształcając ją w coś głębszego, w opowieść o emocjach, ironii i pasji. W jego głosie brzmiała muzyka świata. A w jego słowach rytm polskiej duszy. Lata 70 i 80 były złotą erą jego działalności. Man nie ograniczał się do prowadzenia audycji. Był kreatorem, człowiekiem, który pisał muzyczną historię kraju, a zarazem współtworzył jej najpiękniejsze wersy. Niewielu wie, że właśnie on był autorem tekstów piosenek, które na trwałe zapisały się w pamięci Polaków. Znajdziesz mnie teraz w wykonaniu Zbigniewa Wodeckiego. To utwór, który dla wielu stał się hymnem powrotu do uczuć, jakie dawno zostały utracone. Melancholijny, ale pełen nadziei. Dokładnie taki jak MAN.
Kolejnym kamieniem milowym w jego twórczości była współpraca z Urszulą Sippińską i jej utwór Bright Days Will Come nagrodzony na międzynarodowym festiwalu Augustin Lara w Meksyku. To tam, daleko od Warszawy, polski głos po raz pierwszy zabrzmiał tak donośnie, że świat musiał się zatrzymać i posłuchać.
Man, choć nigdy nie szukał blasku reflektorów, w tej chwili stał się symbolem mostu między wschodem a zachodem, między jazzem a poezją, między emocją a intelektem. Nie można też pominąć jego współpracy z Aną Jantar, jedną z największych ikon polskiej estrady. Ich wspólny utwór Ja nie mogę mieć serca dwa był jak rozmowa między dwojgiem artystów którzy doskonale rozumieli, że sztuka rodzi się z bólu i tęsknoty. Jantar śpiewała. Man pisał, a z tej współpracy powstał utwór, który po dziś dzień wywołuje dreszcze. Ale Man nie poprzestał na muzyce. Jego głód tworzenia był nienasycony. W latach 90 zaczął tworzyć i komentować filmy dokumentalne o historii muzyki popularnej. Jego głos, już wtedy rozpoznawalny i nasycony doświadczeniem, nadawał każdej produkcji rangę wydarzenia. Gdy opowiadał o Beatlsach, jazzie lat 60 czy rewolucji rocka, robił to z pasją nauczyciela i błyskiem artysty. Widzowie czuli, że nie słuchają narratora. Słuchają człowieka, który tę muzykę przeżył. W tym samym czasie MAN odkrył kolejną przestrzeń dla swojego talentu. Aktorstwo, choć pojawiał się na ekranie sporadycznie, każda jego rola miała w sobie to coś.
Naturalność, dystans i humor. Zagrał między innymi w filmach Wonder Child, Ubi Agaty, Świąteczna Przygoda oraz Serce na wody. Produkcjach, które choć nie zdobyły Oskarów, dziś wspomina się z nostalgią. Publiczność pokochała jego charyzmę, nienachalną, ale wyrazistą.
Telewizja również nie mogła pozostać obojętna wobec fenomenu Manna. Wystąpił w popularnych serialach takich jak 40latek, 20 lat później czy Bank Nie z tej ziemi, gdzie wcielał się w role, które zdawały się być skrojone na miarę jego osobowości. Ironiczne, mądre, z przymróżeniem oka. Z czasem jego głos stał się również częścią światów, których nikt się nie spodziewał. Światów animacji i gier wideo. W drugiej i trzeciej części Shzreka użyczył głosu postaci Doris, siostry Kopciuszka. To był szok nie tylko dla słuchaczy, ale i dla samego mana. Nigdy nie sądziłem, że będę rozmawiać z osłem i smokiem w tym samym dialogu. Żartował w jednym z wywiadów. Ale jego głos sprawił, że polska wersja filmu zyskała własny niepowtarzalny smak. Ironiczny, ciepły w punkt. Nie poprzestał na tym. W 2007 roku wcielił się w sama w kultowej grze Sam and Max sezon 1. A 9 lat później jego głos ponownie zachwycił graczy, gdy wcielił się w konia Roacha płotkę. W dodatku Blood and Wine do Wiedźmina 3, Dziki Gon. Internet eksplodował. Młodsze pokolenie, które nie znało go z radia, odkryło, że ten facet z trójki to teraz głos ulubionego wierzchowca. I znów MAN połączył pokolenia. W 2006 roku pojawił się jako gość na albumie Historia pewnej podróży Grzegorza Turnała. Jego recytacja w jednym z utworów była jak muzyczna modlitwa, spokojna, poważna, ale z błyskiem ironii, tak charakterystycznym dla Manna. Nie można też zapomnieć o jego obecności na scenie. Man był mistrzem ceremonii.
Prowadził niezliczone koncerty, gale, wydarzenia kulturalne. Zawsze elegancki, zawsze z dystansem, zawsze z klasą.
Występował między innymi podczas widowisk Janusza Józefowicza, gdzie jego głos i styl narracji nadawały wydarzeniom ton niemal teatralny. A potem przyszło coś, co pokazało, że MAN był nie tylko artystą, ale też przedsiębiorcą z wizją. Wraz z Krzysztofem Materną założył MM Communications, firmę zajmującą się produkcją i reklamą, która szybko stała się jednym z najbardziej rozpoznawalnych podmiotów w branży medialnej. Ich współpraca była czymś więcej niż biznesem.
To było spotkanie dwóch umysłów, które rozumiały, że humor, inteligencja i profesjonalizm mogą iść w parze.
Wojciech Man przyszedł na świat w Świdnicy, ale jego los, jakby zapisany w starym pożółkłym dzienniku przeznaczenia, już od pierwszych dni kierował go ku Warszawie, ku mieście, które miałało stać się świadkiem jego wzlotów, ale i cichych, niełatwych dziecięcych zmagań. Nie urodził się w bogactwie ani splendorze, lecz w domu pełnym sprzeczności. Z jednej strony przenikliwych barw sztuki, z drugiej surowości codzienności powojennej Polski. Jego ojciec Kazimierz Man był malarzem i grafikiem, człowiekiem wrażliwym na piękno, lecz też pełnym niepokoju, nieustannie walczącym o sens w rzeczywistości, która nie sprzyjała artystom. Matka Malvina, pielęgniarka z powołania, miała serce przepełnione czułością i empatią, ale jej dłonie często drżały ze zmęczenia, zarówno fizycznego, jak i emocjonalnego.
To właśnie ona była pierwszym źródłem łagodności w życiu Wojciecha. To ona szeptała mu bajki o świecie, który choć wydawał się okrutny, potrafił też być dobry, jeśli tylko potrafiło się słuchać muzyki życia. Wojciech dorastał w Warszawie w latach, gdy miasto wciąż dźwigało się z ruin. Na podwórkach pachniało wapnem i kurzem, a między gruzami tętniło życie dzieci, które mimo wszystko potrafiły się śmiać. Ale jego dzieciństwo miało w sobie coś więcej niż beztroskę. Miało cień, cień nieustannego braku, tęsknoty, pytań o przyszłość.
Czasem czuł się jak obserwator własnego życia, jak chłopiec stojący za szybą, który widzi innych, ale sam pozostaje niewidzialny. Może dlatego właśnie nauczył się słuchać, słuchać świata, ludzi, dźwięków, melodii, które płynęły z radioodbiornika, tego małego okna, przez które można było zajrzeć w coś większego niż rzeczywistość. Dom Manów był pełen ciszy, ale też pełen książek, farb, szkiców i rozmów o sztuce. Kazimierz, choć surowy, pokazywał synowi, jak patrzeć na świat nie tylko oczami, ale i sercem. Czasem, gdy ojciec pochylał się nad płótnem, Wojciech siadał w kącie i obserwował jego ręce, jak drżą, jak tworzą, jak z chaosu rodzi się obraz.
Były to chwile magiczne, które zaszczepiły w nim potrzebę tworzenia, choć jeszcze nie wiedział, że jego narzędziem nie będą pędzle, lecz słowa i dźwięki. Matka zaś była opowieścią o empatii. Każde jej słowo miało wagę, każda łza sens. Gdy wracała ze szpitala, często w milczeniu siadała przy stole, a Wojciech z dziecięcą powagą pytał: “Mamo, czy dzisiaj ktoś umarł?” I ona wtedy tylko kiwnęła głową. Taka była jego codzienność, nauka współczucia i świadomości, że życie nie zawsze jest sprawiedliwe. Jednak mimo cienia, mimo smutku był w nim żar. Mały man miał niezwykłą wyobraźnię. Potrafił z niczego stworzyć świat. Z kawałka papieru robił mikrofon, z krzesła, scenę. Włączał radio i próbował naśladować głosy speakerów. Nikt wtedy nie przypuszczał, że ta niewinna zabawa będzie zapowiedzią przyszłej legendy. W szkole nie należał do najgłośniejszych uczniów, ale jego poczucie humoru i inteligencja szybko przyciągały uwagę. Nauczyciele mówili o nim, że ma błysk w oku, coś, co wyróżniało go spośród innych. Jego siostra Marta była bardziej introwertyczna, zaczytana w projektach i szkicach. Ich relacja była ciepła, choć często milcząca. Oboje uciekali w swoje światy, by poradzić sobie z brakiem stabilności, który wisiał w powietrzu.
Czasem wspólnie słuchali płyt, które ojciec przywoził z wystaw lub znajdował cudem na czarnym rynku. Dźwięki jazzu, rocka, blu stawały się dla Wojciecha nie tylko muzyką, ale sposobem na zrozumienie samego siebie. Rodzina Manów miała niemieckie korzenie, a przeszłość z Lwowa dodawała im poczucia wyobcowania.
Wojciech często czuł, że nie do końca należy ani do świata sztuki ojca, ani do twardej rzeczywistości rówieśników, ale to właśnie to poczucie bycia pomiędzy ukształtowało jego niezwykłą wrażliwość.
Uczyło go obserwować, zamiast sądzić, odczuwać, zamiast narzucać. Jego dzieciństwo nie było pasmem tragedii, ale było pełne niepokoju i pytań. Czasem czuł się samotny, nawet wśród bliskich.
był chłopcem, który marzył o świecie, gdzie każdy dźwięk ma znaczenie, a każda cisza sens. Z czasem te marzenia zaczęły przybierać kształt. Radio, scena, mikrofon to miały być jego płótna, jego kolory, jego sposób na dialog z rzeczywistością. Dziś, gdy patrzymy na legendę Wojciecha Mana, trudno uwierzyć, że za jego ciepłym głosem i ironią kryje się historia chłopca z Warszawy, który długo szukał swojego miejsca. Ale może właśnie dlatego potrafił potem tak pięknie rozumieć ludzi, bo sam przez lata czuł się nieco poza światem. Jego dzieciństwo było ciche, lecz to w tej ciszy rodził się dźwięk, który miał poruszyć serca milionów. To była opowieść o początku, o chłopcu, który z ruin stworzył swoją własną melodię.
melodię, która miała kiedyś uczynić z Wojciecha Mana jednego z najważniejszych głosów polskiej kultury. Wojciech Man, nazwisko, które przez dziesięciolecia stało się synonimem klasy, inteligencji, ciepła i humoru. Człowiek, który nie tylko mówił o muzyce, lecz potrafił z niej uczynić język porozumienia między ludźmi, niezależnie od wieku, poglądów czy epoki. Jego głos był jak most.
Łączył pokolenia, łączył przeszłość. Z teraźniejszością łączył smutek z uśmiechem. Gdy słuchaliśmy go w radiu, czuliśmy, że nie jest to tylko prowadzący program. To przyjaciel. Ktoś, kto rozumie, kto słyszy nie tylko dźwięk, ale też emocje, intencje, dusze melodii. Wojciech M przez całe życie pozostał wierny jednej zasadzie: mówić prawdę, ale z uśmiechem. W świecie, w którym głośniej niż muzyka bywa hałas, a szczerość jest towarem deficytowym, on zawsze wybierał autentyczność. Nigdy nie udawał kogoś, kim nie jest. Nie gonił za modą ani za aplauzem. Jego poczucie humoru, ironia i dystans były nie tyle formą obrony, co sposobem wy

Click to comment

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

NEWS1 hour ago

🥰💝 TO NIE TROFEUM MISTRZOWSKIE — to niespodziewane ogłoszenie Zvereva i Sophii sprawiło, że wszystkim odebrało mowę! Alexander Zverev i Sophia Thomalla zaskoczyli cały tenisowy świat zupełnie nieoczekiwanym ogłoszeniem tuż po emocjonalnym zwycięstwie Zvereva na Roland Garros 2026. Jednak to, co para ujawniła chwilę później, okazało się jeszcze bardziej zdumiewające. Według doniesień wiadomość wywołała prawdziwą falę emocji w środowisku tenisowym, pozostawiając kibiców w osłupieniu i sprawiając, że wielu z nich nie mogło uwierzyć w to, co właśnie zostało ogłoszone w strefie rodzin zawodników po tak napiętym i pełnym emocji meczu. 👇👇

NEWS1 hour ago

„Szczerze mówiąc, jest ktoś, komu od zawsze chciałam podziękować… 💞” — Maja Chwalińska, finalistka Roland Garros, opowiedziała o tajemniczej osobie, która od lat była u jej boku — swoim wieloletnim chłopaku, którego przez lata chroniła przed zainteresowaniem mediów. Dziś stanęła przed dziennikarzami i po raz pierwszy ujawniła jego tożsamość, wprawiając cały świat tenisa w ogromne wzruszenie i zaskoczenie.

NEWS1 hour ago

Z ostatniej chwili

NEWS1 hour ago

Córka Tomasza Oświecińskiego trafiła do szpitala. Poruszające słowa aktora

NEWS2 hours ago

Podzieliła się swoim szczęściem 😍

NEWS2 hours ago

Nadal uczę się żyć bez Ciebie”. Poruszający wpis Elżbiety Romanowskiej chwyta za serce

NEWS2 hours ago

„Nie jesteś moją córką; żałuję dnia, w którym cię spłodziłem.” – Tomasz Świątek do swojej córki.

NEWS3 hours ago

GRATULACJE: Królowa Iga Świątek została uznana za największą tenisistkę wszech czasów, otrzymując prestiżową nagrodę za to, że…

NEWS3 hours ago

Iga Świątek pławi się w niewyobrażalnych luksusach

NEWS3 hours ago

📢 Smutna wiadomość o śmierci Wojciech Mann… jego syn potwierdził smutną wiadomość i rozpłakał się. 🔗

NEWS3 hours ago

Co na to Dagmara… 👇

NEWS3 hours ago

Mocne słowa Tuska w Sejmie. Zaapelował do posłów opozycji, rozległy się krzyki Czytaj więcej:

Copyright © 2026 Americadigest360