NEWS
Eksperci biją na alarm po decyzji Świątek i jej trenera. Miało być lepiej, a nagle pojawiły się pytania o chaos, zły moment i nawet ryzyko kontuzji. W artykule pokazuję, dlaczego wokół serwisu Igi zrobiło się naprawdę gorąco.
ALARM DLA ŚWIĄTEK. NOWY POMYSŁ Z SERWISEM MOŻE JĄ DROGO KOSZTOWAĆ
Zmiany przyszły w najgorszym możliwym momencie
Wokół Igi Świątek znów zrobiło się głośno, ale tym razem nie chodzi o sam wynik meczu czy kolejną rywalkę. Tym razem dyskusja dotyczy czegoś dużo bardziej delikatnego, czyli zmian w serwisie. I to właśnie ten temat wywołał spore poruszenie po turnieju w Stuttgarcie. Eksperci zaczęli otwarcie mówić, że korekty techniczne wprowadzone teraz, w środku intensywnej części sezonu, mogą być ryzykowne. Sama Iga przyznała wcześniej, że zmieniła ruch przy serwisie po konsultacjach z nowym trenerem Francisco Roigiem, zwracając uwagę między innymi na bardziej zgięty łokieć i próbę uzyskania większej dynamiki. Problem w tym, że na razie nie przyniosło to oczekiwanego efektu. Świątek odpadła w Stuttgarcie już w ćwierćfinale, a temat serwisu od razu wrócił z podwójną siłą.
To właśnie takie momenty są w sporcie najbardziej niewygodne. Z jednej strony zawodnik i sztab wiedzą, że coś trzeba poprawić, bo tenis na najwyższym poziomie nie stoi w miejscu. Z drugiej strony sezon nie daje komfortu spokojnego testowania. To trochę jak remont silnika w aucie tuż przed długą trasą. Można zyskać, ale jeśli coś nie zadziała od razu, nerwy pojawiają się błyskawicznie. W przypadku Igi sprawa jest jeszcze bardziej czuła, bo mówimy o jednej z najważniejszych części gry. Dobry serwis potrafi ustawić cały mecz. Słabszy serwis potrafi zabrać pewność siebie nawet najlepszej tenisistce.
Greg Rusedski nie gryzł się w język
Najmocniej wybrzmiała opinia Grega Rusedskiego, finalisty US Open z 1997 roku. Zwrócił uwagę, że taka korekta nie powinna być wprowadzana od razu w tym momencie sezonu. Jego zdaniem zmiany wyglądały momentami chaotycznie, a próby rozluźnienia nadgarstka nie dawały obrazu pełnej kontroli. Dodał też, że nie jest pewien, czy to odpowiedni moment i odpowiednie miejsce na taką ingerencję, zwłaszcza po tak krótkim czasie współpracy nowego trenera z zawodniczką. To bardzo mocne ostrzeżenie, bo nie dotyczy jednego słabego dnia, ale całej logiki wprowadzania zmian w trakcie gry o wielkie cele.
W tym wszystkim najciekawsze jest to, że krytyka nie dotyczy samego pomysłu poprawiania serwisu. Tu raczej chodzi o timing. I szczerze mówiąc, trudno się temu dziwić. W codziennym życiu też zwykle nie zmienia się wszystkiego naraz wtedy, gdy presja jest największa. Jeśli ktoś przed ważnym egzaminem postanawia całkowicie zmienić sposób nauki, często kończy się to stresem. Jeśli przedsiębiorca tuż przed dużą kampanią reklamową przebudowuje całą stronę internetową, ryzyko błędu rośnie. W sporcie działa to bardzo podobnie, tylko stawka jest jeszcze większa, bo każdy detal widać od razu.
Iga Świątek i Francisco Roig
Największe zagrożenie? Nie tylko forma, ale i zdrowie
Rusedski poszedł jeszcze dalej i zaznaczył, że mocne ruszanie technicznego elementu, do którego zawodnik nie jest przyzwyczajony, może czasem prowadzić nawet do kontuzji. To już nie jest zwykła uwaga o jakości gry. To sygnał ostrzegawczy, który musi wybrzmieć naprawdę mocno. Zwłaszcza że sama Świątek przyznała, iż nie złapała jeszcze automatyzmu i że ręka momentami wraca jej do starych nawyków. Po porażce z Mirrą Andriejewą mówiła wprost, że odbudowa serwisu będzie dłuższym procesem i że potrzebuje wielu godzin samego serwowania, by to wszystko wreszcie zaczęło działać naturalnie.
To pokazuje, że problem nie jest wymyślony przez media. Iga sama uczciwie dała do zrozumienia, że ta zmiana jeszcze nie jest gotowa. A kiedy tenisistka na takim poziomie nie ma pełnego zaufania do serwisu, wpływa to na całą resztę gry. Zaczyna się większe napięcie przy ważnych punktach, pojawia się więcej myślenia zamiast automatyzmu, a wtedy nawet mocne uderzenia z głębi kortu nie zawsze wystarczają.
Madryt pokaże, czy ten plan miał sens
Przed Igą teraz kolejny ważny test, czyli turniej WTA 1000 w Madrycie. To właśnie tam szybko okaże się, czy obecne zamieszanie wokół serwisu było tylko przejściowym etapem, czy może początkiem większego problemu. Jedno jest pewne: kibice będą patrzeć na ten element gry jeszcze uważniej niż zwykle. Czasem jeden mecz potrafi uspokoić całą burzę. Ale czasem wystarczy kilka nerwowych gemów przy własnym podaniu, by wszystkie pytania wróciły ze zdwojoną siłą. Sport bywa brutalny właśnie dlatego, że nie daje dużo czasu na spokojne poprawki.
Ja patrzę na tę sytuację tak: sama chęć rozwoju jest dobra i potrzebna, bo bez niej nie ma postępu. Ale w sporcie wielkiej presji równie ważne jak odwaga jest wyczucie momentu. I właśnie to dziś budzi największe wątpliwości. Nie to, czy Świątek i Roig mają prawo coś zmieniać, tylko czy nie weszli z tym za wcześnie. Jeśli Madryt przyniesie poprawę, temat szybko ucichnie. Jeśli nie, to ostrzeżenia ekspertów będą wracały coraz częściej.